Morze Aralskie – podróż po zaginionym oceanie
Wyprawa nad Morze Aralskie była natomiast spełnionym marzeniem. Na geografii uczyłam się o tym zbiorniku, który był faktycznie sporą plamą na globusie. A teraz jest mikrym jeziorkiem. Wraki statków rybackich są już słynne od lat. To takie, prawdę mówiąc, słodko – gorzkie marzenie. Wiedziałam, że muszę się spieszyć, bo za chwilę Morze Aralskie zniknie.
Cały dzień zajęło nam dotarcie wozem 4×4 z naszym wspaniałym kierowcą Dżołdasem. Przejazd był jak przez pustynię, a przecież w latach 50 XX wieku, było tu morze o głębokości 33 – 65 metrów. Czujecie to? Jechaliśmy po dnie Morza Aralskiego! Wszędzie gdzie poruszaliśmy się jeszcze do niedawna było morze. Teraz zbiornik jest tak zasolony, że 180 g soli przypada na 1 litr wody. Doświadczyłam tego samego, co kiedyś nad Morzem Martwym w Jordanii – wyporność była imponująca. Temperatura wody – normalna: ani zimna, ani ciepła. Mimo, że wyboista droga zajęła nam 8 godzin, to jesteśmy mega happy, że ją zorganizowałam. To była wyprawa jakich już zrobiliśmy wiele w życiu, ale ostatnio za bardzo utknęliśmy w cywilizacji – w Europie i USA. Wreszcie poczuliśmy wolność i dzikość. Bliskość natury, nawet tej już znikającej, przywraca równowagę.
Kolacja była pyszna. Bardzo bogata. A tutejsze arbuzy i melony wymiatają. Ich słodycz jest ponadnormatywna!